poniedziałek, 18 listopada 2013

Rozdzialik 62


Nie będę się pluć, miłego czytania, przepraszam, że musieliście tyle czekać, ale łapcie co jest :D !


__________________________







- To niedopuszczalne. Absolutnie sobie chyba z nas sobie jaja robią. Tak dłużej nie będzie! - ogłosiłam tryumfalnie, a kilkoro Puchonów zawtórowało mi radosnym okrzykiem.  - My to zmienimy! I zrobimy to jak najszybciej!
 Może rok szkolny w Hogwarcie rozpoczął się stosunkowo niedawno, ale brak imprez był wręcz niemoralny.
 Ja rozumiem, że teraz jest czas na gnojenie kotów, wypakowywanie kufrów, odkrywanie zapasów hogwarckiego kakaa i rozkoszowania się jesiennymi deszczami, ale nie popadajmy w paranoję.
 Hogwart bez dzikich imprez to nie Hogwart.
- Dlatego, kochani, bierzemy sprawy w swoje ręce, i organizujemy jedną z najwspanialszych, najbardziej niezapomnianych i głośnych wix! Uroczyście ogłaszam, że organizujemy Pierwszą Imprezę Tego Roku! - tłumik zgromadzonych w pokoju puchońskim borsuków zapiszczał radośnie, zaklaskał i pozwolił mi po chwili dalej przemawiać - a jak wiemy, najlepsze imprezy robi się gdzie?
 Co po niektórzy spojrzeli po sobie ze znaczącym uśmiechem.


                                                               *  *  *


-Potter? - mruknęłam unosząc się na chwilę na łokciach, ale nie otwierając oczu.
-Nie, to ja - odpowiedział mi znany głos, Longbottom.
- Powiedz Potterowi, że ma tu przyjść, bo mam zamiar zorganizować piękną imprezę. - powiedziałam opadając z powrotem na łóżko Jamesa, nie racząc obdarzyć Gryfona moim spojrzeniem.
- Czyli ty załatwiasz żarcie, a my martwimy się o resztę? - zapytał z wyrzutem.
 Zazwyczaj ta reszta oznaczała zabezpieczenie miejsca przed potencjalnymi samobójcami, mordercami, kotkami, nauczycielami i innymi sekciarzami tudzieć Filchem którego ze swoją aseksualnością nawet do pedofili zaliczyć nie można, reszta oznaczała również zorganizowanie alkoholu, narażanie się na wykrycie pierdylionów litrów procentów pod łóżkami, kołdrami, w szafach etc., ponoszenie odpowiedzialności za dzikie imprezowanie w dormitorium, ofiary, a następnego dnia zeskrobywanie mózgów ze ścian, wywlekanie zwłok, nieprzytomnych, sprzątanie, wycieranie rzygowin i dopilnowanie aby każdy wrócił prędzej czy później do swojego łóżka w jako takim stanie.
- Tak, załatwcie resztę - mruknęłam, machnęłam dłonią i sięgnęłam po kanapkę.
 Cierpiałam na syndrom przemęczenia, zdecydowanie za dużo robiłam.
 Nie żebym nie doceniała tego, że mogę opuszczać większość lekcji, a nawet zdecydowaną większość dzięki wszechobecnemu panującemu przekonaniu że ,,ona tylko się źle czuła, ona wszystko nadrobi!''...
Tak naprawdę jedyne co robiłam to łażenie do testrali i jedzenie, względnie pilnowanie, żeby Potter się nie zabił, bo ten to potrafi potknąć się na płaskiej, prostej drodze o powietrze.
- Ty na lekcje idź, albo coś. - powiedział Gryfon i wskazał na drzwi.
- Właśnie robię to coś, Longbottom.
 Wzruszył ramionami widząc że dalsze negocjacje nie mają sensu i zabrał się za pisanie eseju na historię magii dla Binnsa, jednak ja, nie mogąc znieść jego ciągłego mamrotania o wojnach i pokojach podniosłam mój zgrabny puchoński tyłeczek i wyprowadziłam go z ich dormitorium.
 Na korytarzu wpadłam na Pottera.
-Rany, ty urosłeś! - stwierdziłam po tym, że wpadłam na klatkę piersiową chłopaka, tak jakby jakikolwiek postęp ewolucyjny nawet w postaci kilku centymetrów był u Gryfona cudem natury.
- A ty nie. - stwierdził ze słodkim uśmiechem.
- A ty śmierdzisz! - warknęłam.
 Podniósł miotłę, którą trzymał w prawej dłoni i pomachał mi nią przed oczami.
Wzniosłam oczy ku niebu i poczłapałam dalej.



                                                          *  *  *


Każdy Puchon ma tak, że czasem mu coś odwala.
Raz na miesiąc, przez 30 dni.
Tak więc skakałam sobie przez korytarz, niosąc książki do transmutacji, gdy nagle wpadło na mnie stadko pierwszoklasistów, poruszające się z prędkością Puchona widzącego żarcie. Rzuciłam okiem na ich krawaciki, błysnęło trochę srebra, trochę zieleni, a ja dłużej nie mogłam, po prostu nie mogłam znosić ciągłej anarchii na korytarzach. Rzuciłam podręczniki pod nogi jakimś ludziom, odwróciłam się i z przewrotnym błyskiem w oku mruknęłam swoje pod nosem celując w bandę rozchichranych bachorów różdżką.
Śmiechy ucichły, usłyszałam kilka wrzasków i jak ludzie otaczają ciasnym kręgiem poszkodowaną grupkę.
Odwróciłam się na pięcie i pomknęłam do dormitoriów puchońskich.
-Panno Durntlig!!! - oho, McGolonka będzie się pluć.


                                                          *    *   *

-Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że powinni zostać powiadomieni twoi rodzice? - profesor spytała rzeczowo.
- Ale proszę pani... - zaczęłam przeciągle nie łapiąc kontaktu wzrokowego.
- Żadnego ale! Doskonale wiesz, że takie zachowanie jest tu niedopuszczalne! Karanie pierwszaków powinnaś zostawić kadrze! - warknęła.
- Pani profesor. Oni chcieli mnie STRATOWAĆ. - powiedziałam wstając z krzesła.
- Nie stratowaliby cię chociażby chcieli, poza tym, wezwałam cię w tu innej sprawie.
 Całe życie i przewinienia przeleciały mi przed oczami. Dyrektorka miała pierdylion haków na mnie. Zamilkłam i usiadłam.
- Nie powiedzieliśmy o tym uczniom, ale zważając na wydarzenia jakie mają miejsce w Hogwarcie co roku... - nie żeby coś, ale w Hogwarcie to się jednak dzieje - ... założyliśmy magiczny podsłuch w dormitoriach. - skończyła, a mnie opadła szczena.
- Jaja sobie pani robi?
- Słownictwo...
- Czy drwi sobie pani ze mnie, pani profesor?
- Tak, czy inaczej, nie sądzę, aby pierwsza impreza - prawie wysyczała ostatnie słowo - miała dojść do skutku. Jesteście tu aby się uczyć, a ty ostatnimi czasy reprezentujesz sobą jedynie jedną wielką dezorganizację, jesteś bezczelna i niereformowalna, w dodatku masz zły wpływ na otoczenie.
 Grzecznie się pożegnałam i wyszłam.
Głupia suka.
Głupia suka w głupiej szkole ustalająca głupie zasady. Głupie ograniczenia.
Ja mam zły wpływ na otoczenie? Ja? A nazwisko Potter to ona kojarzy czy nie bardzo?
Szłam wściekła korytarzem i czułam się jak Mojżesz. Na widok mojego wyrazu twarzy wszyscy usuwali mi się z drogi tworząc pewnego rodzaju moją własną ścieżkę. Nagle na coś wpadłam. Kogoś, do testrala jasnego.
Było niewiele osób, które w obecnej chwili by się do mnie zbliżyło.
- Diana!
- Wiem jak mam na imię. - odburknęła.
- Nie, nie! Diana! Jesteś...
- Wspaniała, niesamowita, perfekcyjna...
- Nie! Jesteś genialna! Do lochów marsz!
I popchnęłam ją w stronę ślizgońskich dormitoriów.
Kiedy tam wlazłyśmy, padło mniej wyzwisk w moim kierunku niż zazwyczaj, mniej klątw, ciężkich przedmiotów, żyć nie umierać.
Usiadłyśmy na kanapie i ślizgonka gestem ręki pozwoliła mi mówić.
- Jesteś ślizgonką. - oświadczyłam.
- Na Merlina, wiem jak mam na imię, ile mam lat i te sprawy, mów dalej! - powiedziała rozglądając się wokół.
- Może Gryfoni są po prostu tępi, a może nie kumplują się z Ślizgonami... Ale jak to zrobiliście? - zapytałam wskazując dłonią na cały pokoik.
- Co?
- Założono magiczne gówno, praktycznie jesteśmy śledzeni, ale jakoś kiedy planujemy wielkie rewolucje imprezowe przy kuchni nic się nie dzieje, kiedy pisnę słówko u kotów, wie o tym pani ...., Jesteście przebiegli, na testrala! Jesteście superaśni...
- Ameba, absolutnie nie. - spojrzała na mnie.
- Co nie?
- Nie wiem, prawisz komplementy, więc pewnie czegoś chcesz.
- A jeżeli tym czymś jest najlepsza noc w twoim życiu?
- Jeżeli tą najlepszą nocą ma być noc u Gryfonów, to nie. - fuknęła złośliwie.
 Zrobiłam maślane oczy i złożyłam dłonie jak do modlitwy.
- To mi Iga powie! - warknęłam nie widząc, żeby moje maślenie się do niej przynosiło rezultaty. Machnęła na mnie ręką, jak do kota, którego bezceremonialnie się przegania, a ja obróciłam się na pięcie i podeszłam do rozwalonej na kanapie postaci.
- CO CHCESZ KUPO? - przywitała mnie radośnie.
 Iga była Ślizgonką, zdecydowanie nie mniej jebniętą niż ja, i pewnie większość zastanawiałaby się czemu nie jest Puchonką, gdyby nie...
- Ja pierdzielę, i co, założyła miniówę krótszą od jej zwoju mózgowego i myśli że co? - ... gdyby nie krytykowała każdego na każdym kroku i gdyby choć troszeczkę lubiła ludzi.
- Ponawiam pytanie.
 Obdarzyłam ją firmowym uśmiechem w postaci wyszczerzu każdego kiełka i usiadłam zgrabnym (okej, nie) ruchem koło niej.
- Bo widzisz, Igusiu, wasz naród jakże inteligentny, przebiegły, mądry, sprytny...
 Dziewczyna zdążyła wybuchnąć głośnym śmiechem patrząc na hałastrę hasającą wesoło po jej lochach. Udałam, że tego nie było.
- I naprawdę, marny ludek borsuczy byłby niezwykle rad gdybyście użyczyli nam choć troszeczkę wiedzy jak usunąć ten zjebany moniczycototamrobitoring!
 Iga uniosła obie brwi i spojrzała na mnie z góry, co oznaczało, że myśli.
 Czasami jej się to zdażało.
- Czyżby Puchoni na to nie wpadli? - powiedziała po czym podniosła się do pozycji siedzącej.
- Pewnie wpadli, gorzej z Gryfonami. - Iga na dźwięk ostatniego słowa wybuchnęła śmiechem.
 Po czym wskazała palcem na grupkę odizolowaną od reszty społeczeństwa Hogwartu.
 Osóbki, które znosiły wszelkie zaklęcia typowo ograniczające uczniów, odkrywali system pytania studentów, zakładali podsłuchy w nauczycielskim i te sprawy.
 Grupka ta liczyła średnio do 5 osób na jeden dom.
 I była nawet powiedzmy sobie szczerze, w pewien pokrętny sposób czczona.
 Doskonale wiedziałam o jej istnieniu także u Gryfonów!
- No, a więc?
- Czas, moja droga, czas. Daj tym tępakom od Gryfków parę chwil po prostu. - mruknęła po czym na powrót rozciągnęła się na skórzanej kanapie i dała się pochłonąć oglądaniu sufitu.
 No dobrze, a więc skoro nikt nie panikuje, tylko ja jak zwykle wpadam w histerię...
 To dam temu czas i wezmę się za swoje.


                                                                 *     *     *



Z Igą uprawiałyśmy najpopularniejszy sport w Hogwarcie : biegi na eliksiry.
Pewnie wiele osób nie nazwałoby tego sportem, ale jako Puchonka potrafię ze wszystkiego zrobić sport ekstremalny.
Tak więc, poruszając się z prędkością pierdyliard na godzinę, przedzierając się przez bataliony pierwszaków i omijając grupki starszych czarodzieji, nie zważając na rzucane za mną przekleństwa i nie omieszkając wytrącić z rąk co po niektórym Krukonkom można było mnie uznać za jednego z lepszych biegaczy, a już na pewno za punktualną, czasami przynajmniej, osóbkę.
Zazwyczaj wpadałyśmy wtedy do klasy, zajmowałyśmy bylejakie miejsca i usiłowałyśmy przeżyć tą godzinę tortur.
Bahni zazwyczaj darła się na każdego po kolei, oświadczała, jak bardzo jest rozczarowana dzisiejszą młodzieżą, obdarzała nas uśmiechem nie sięgającym oczu i tak mijała jej lekcja, za lekcją.
Ale dzisiaj było jakoś inaczej.
Sprawdziła obecność dokładnie lustrując wzrokiem każdego meldującego się ucznia.
Poruszała się na swoich kilkunastocentymetrowych szpilkach bez jej wrodzonej gracji i co chwila zerkała na zegarek.
Większość osób skorzystała z jej dezorientacji i po prostu odsypiała zarwane nocki.
Natomiast mniejsza grupa obserwatorów wymieniała podejrzliwe spojrzenia.
Wszyscy natomiast, bez względu na poziom przytomności byli poinformowani o Pierwszej Imprezie w Hogwarcie u Gryfonów, która miała się odbyć bez względu na to, czy udało się nam oszukać monitoring, czy nie. Wszyscy doskonale wiedzieli, że jak zawalimy schodzy ciałami, potłuczonymi butelkami, rzygowinami i innymi skutkami ubocznymi przebywania z Potterem nikt tam nie wlezie, nie mówiąc o przerwaniu nam dobrej zabawy.
Dzwonek obwieszczający koniec ostatniej lekcji oprzytomnił nawet najmniej ogarniętych Puchonów, i wszyscy ruszyli jak jeden mąż do swoich dormitoriów, żeby się wypindrzyć, wylaszczyć i co tam jeszcze na imprezę.
Kiedy weszłam do dormitorium Hufflepuffu już większość Puchonek, wybierała jakieś szmaty spośród walających się aktualnie po całym Hogwarcie sukienek, miniówek, stringów, sukni balowych i tym podobnych bzdetów. Kilka wrzeszczało histerycznie, niektórzy usiłowali się jedynie przeczołgać przez to pobojowisko bliżej kuchni, ale poza tym wiele się to nie różniło od normalnego harmideru puchońskiego.
Jak już mówiłam, bycie Puchonem to styl życia.
Jesienne wieczory miały to do siebie że przychodziły wyjątkowo szybko.
-Ciemno już!
-To co?
-No to lecimy, no, już!
-Ej... - mruknęłam do prefekta.
- No co?
- Kiedy niby mają się włączać światełka na dziedzińcu? - mruknęłam ukrywając drżenie głosu.
 Każdy wiedział, że nocne migracje w Hogwarcie znacznie utrudniało oświetlenie dziedzińca.
 Prefekt spojrzał niedbale na zegarek.
- Pięć minut, mniej więcej.
- PIĘĆ MINUT!? EJ, NARODZIE!!! PIĘĆ MINUT!!! - wrzasnęłam, siejąc panikę.
- PIĘĆ MINUT!
- SZYBCIEJ!!! - tłum od razu pochwycił mój krzyk i poniósł go dalej, aż do kominka i cała grupka, niemała z resztą, wybiegła na korytarze szkoły, żeby jak najciszej, ale i najszybciej, niczym oddział ninja potoczyć się w kierunku wieży Gryffindoru.
 Na schodach spotkaliśmy oddzialik ślizgoński z którym pognaliśmy dalej.
 Obeszło się bez ofiar i wpadliśmy do Pokoju Wspólnego Gryfonów z dzikim, triumfalnym wrzaskiem.
- No to ten, kto miał przynieść czekoladowe żaby?
- Gdzie jest wódka?
- Tutaj zapasy przekąsek! Zimne napoje tam!
 Około pół godziny zajęły sprawy czysto organizacyjne, żeby przemienić sypialnie kotów w istne pole do imprezowania.
 Wszyscy stanęliśmy i podziwialiśmy nasze dzieło z rękami na biodrach, niczym architekci podziwiający nowowybudowany drapacz chmur.
- No to jak? - zapiszczała Diana, a nikt nie musiał za nią kończyć.
 Panie proszą panów, panie proszą się same, czy jak kto tam lubi, parkiet po chwili był po prostu pełny szalonych ciał chcących odreagować nienajlżejszy tydzień ,,nauki''. Jedni podpierali ściany czekając aż alkohol zadziała i na nich, odważniejsze grupki podrygiwały dzikie tanga, kilkoro osób grało w butelkę, pary rozmawiały żywo przy oknie...
 Zwykły początek imprezy.
 Do czasu.
 Nagle wszystkim parom z rąk wypadły kieliszki, butelki, przysmaki.
 Tańczący zamarli w bezruchu, a grający w butelkę przestali śledzić jej szalony ruch.
 Sama wstrzymałam oddech.
 Wszczęto alarm.
 I żeby to był zwykły alarm, taki dyscyplinarny, pod tytułem Koniec Tej Imprezy!
 O na Helgę!
 To był najprawdziwszy na świecie Alarm Wojenny!
 Nie było czasu na panikę, każdemu wkuto już od pierwszej klasy, że słysząc ten piszczący, irytujący dźwięk mamy stawić się w Wielkiej Sali.
- Ameba! - James przepychał się przez pierzchający w dół tłum, chwycił mnie za rękę, a ja złapałam ją ochoczo jak ostatnią deskę ratunku.
- Diana, Amanda, Lee! Tutaj! - krzyknęłam, a dziewczyny wspinając się na palce aby nie stracić nas z oczu biegły w podobną chociaż stronę.
 Zadziwiające jak długo to potrafi trwać.
 Wszyscy zaczęli szukać siebie nawzajem, każdy doskonale wiedział, że Alarm Wojenny wszczyna się od pierwszego ataku, który mógł spokojnie oznaczać pierwszy mord.
 Stawiliśmy się w Wielkiej Sali.
 Ustawiliśmy się tak, aby widzieć McGolonkę, która przestępowała z nogi na nogę i czekała, aż będzie mogła zabrać głos.
 Kadra nauczycielska, ale także Filch, oraz pani Pomfrey stali za nią.
 Oprócz Greengrass.
 Collins stał z boku ich wszystkich i obserwował nas uważnie, spokojnie.
- Moi drodzy, proszę przede wszystkim o spokój! Doceniam to, że zjawiliście się tu tak szybko! - była roztrzęsiona.
 Wszyscy ucichli, jak makiem zasiał.
- Ale musicie wiedzieć, że to nie są ćwiczenia, to nie żarty. Dzisiaj w Hogwarcie popełniono przestępstwo. Rzucono zaklęcie niewybaczalne, zaklęcie uśmiercające.
 Nikt się nie odezwał.
- W lochach zamordowano Daphne Greengrass.
 I w tej chwili większość wydała z siebie zduszony okrzyk, spojrzałam na Malfoya, w końcu był z nią spokrewniony...
 Zabijał swoje buty pustawym wzrokiem, ścisnęłam mocniej dłoń Pottera.
W jednej sekundzie wszyscy znieruchomiali, stanęli na baczność, podążyłam za większością i przybrałam podobną pozycję, ale Potter zmarszczył brwi buntowniczo i tego nie zrobił.
- Jak wiecie, moi drodzy, nikt nie powinien się o tym dowiedzieć - zaczął słodkim głosem Collins wychodząc przed dyrektorkę, wbiłam paznokcie w palce Jamesa, a ten postanowił grać jak i ja i złączył nogi, wyprostował się i spojrzał na nauczyciela. - Nie możecie o tym powiedzieć swoim rodzicom, a i żaden z waszych pozaszkolnych przyjaciół nie powinien się o tym dowiedzieć. Nie rozmawiajcie o tym też między sobą. Ja zostanę opiekunem domu Slytherin i wszyscy będą zadowoleni! - zakończył z akcentem.
,,Buty Collinsa'' - usłyszałam w głowie cichą myśl Lee i Diany jednocześnie. Dawno nie korzystałyśmy z legilimencji...
 Spojrzałam na jego pokryte szarawym piaseczkiem lakierki...
 Co mogło w nich budzić podejrzenia?
 Szary piach.
 Identyczny, jak ten, którym Filch posypał poprzedniego dnia śliskie schody do lochów, aby uczniowie się nie zabili.
 O MERLINIE!
- Możecie się rozejść. - mruknął majestatycznie i nas odesłał.
,, Do Hufflepuffu! '' krzyknęłam wręcz w myślach do Lee, Blair, Amandy, Diany, Pottera, Longbottoma i na Helgę, do Malfoya jednocześnie, żywiąc nadzieję, że ktokolwiek mnie posłucha.
Kiedy wbiegłam do pokoju puchońskiego, wpadłam w histerię, autentycznie.
Potter trzymał mnie w drżących ramionach, jego po głowie głaskała jakaś Puchonka, Jacks mruczał niezrozumiale coś pocieszającego, a reszta obmyślała plan działania.
- Co my mamy teraz zrobić? - zapytała Blair, jej nerwy zapewnie też były w strzępach.
- Ustalmy najpierw co się stało. - powiedziała rzeczowo Amanda i usiadła obok nas.
- Collins to genialny legiliment.
- Nie taki genialny, skoro nie wykrył oklumentów.
- Może upośledzony.
- Rzucił pewnie imperiusa na Bahni.
- Jest też mordercą.
 Burza mózgów była dobrym pomysłem, każdy wyrzucił co nieco z siebie i wiedzieliśmy już, na czym stoimy.
- Raczej nie działa sam. Za mało korzyści... - mruknął Potter przymykając zmęczone powieki.
- Wiecie co się zaczęło? - zapytała groźnie Diana. - Zaczęła się Trzecia Wojna. - dokończyła opierając się o ścianę.
Wolałam myśleć, że to pytanie retoryczne.
- Przesadzasz. - warknęła Blair.
Wszyscy bardzo chcieliby w to pewnie uwierzyć.


____________
proszę, skomentujcie troszkę, wszelkie opinie miło widziane!


~AMEBA

wtorek, 29 października 2013

Rozdział 61.



Jaram się tym, że znowu będę ciskać po Hogwarcie <3
TAK BARDZO MI TEGO BRAKOWAŁO.
HoH i Percico *u*
_________________
Pomińmy fakt, że prawie na pewno przez nas spaliło się całe Los Angeles.
Pomińmy fakt, że od miesiąca nie wiem, co się tam dzieje.
A wszystko to pomijamy, bo HOGWART, BITCHES.
Łażenie po Hogwarcie po dwóch miesiącach przerwy jest o wiele ważniejsze niż jakieś tam miasto. Mogę nawet przeżyć Malfoyów i Collinsa. O tak, ten ostatni sprawił, że zaczynam nie lubić transmutacji, a to już poważny błąd. W ogóle dziwnie tu jakoś. Może to dlatego, że jesteśmy w szóstej klasie, co mnie trochę przeraża. Ale Amebie też coś nie pasuje, więc to chyba nie dlatego. Bo ona ma gdzieś rok, na którym jest, i tak najważniejsze jest jedzenie.
Chociaż nie wiem, teoretycznie z nią nie rozmawiam.
Borze, kocham te ślizgońskie kanapy i to się raczej nigdy nie zmieni. I brakowało mi tego szumu jeziora za ścianą. To jest zdecydowanie lepsze od Pacyfiku czy co to tam jest.
Oczywiście przez pomyłkę wbiłam do piątych klas, bo przecież po co czytać naklejki na drzwiach? Te laski nadal patrzą na mnie, jakby chciały mnie zabić. W sumie to chyba poleciało w moim kierunku kilka Avad. Takich, które nawet muchy by nie zabiły. No nieważne. Kiedy w końcu trafiłam do właściwego dormitorium moja miłość do skrzatów domowych wzrosła o pierdyliard procent. Kocham te stworzenia, które co wieczór wsadzają termofory pod kołdry i same robią porządki.
Było dziwnie spokojnie. Pomijając fakt, że Weasley śmiała dotknąć moich rzeczy, a Malfoy po prostu istniał, nasz pokój wspólny i sypialnie były wręcz oazą spokoju. Zero wódki, ognistej i tych tam innych pierdół. Aż dziwne. Nienaturalne wręcz. Ale potrzebowałyśmy tego, ja i Amanda, po Los Angeles. Było bezpiecznie, ciepło i podstawiali jedzenie pod nos, nikt nie próbował nas spalić (na razie). Tamta noc była przerażająca. Będę się bała ognia albo coś. Potter już ma schizę. Chyba. W sumie nasza… ekhem, paczka, trochę się rozpadła. Wszyscy się pokłócili i tylko Lee latała od jednego salonu do drugiego, próbując nas jakoś połączyć.
I w końcu znalazła na to sposób.
- Ogarniamy patronusy. – Lee zignorowała mordercze spojrzenia posyłane przez Ślizgonów i usadziła tyłek na ławce obok mnie. Amanda zupełnie bezskapowo rozejrzała się i zgromiła wzrokiem kilka kotów, które wlepiały w nas oczy. Pełna konspira.
- Pewnie, a przy okazji się nie pozabijamy – prychnęłam. Naprawdę wybrała zły pomysł na to, żeby ze mną rozmawiać. Czekały mnie dwie godziny eliksirów z Bahni, a potem jeszcze Collins. McGolonka chyba jednak przeceniała moje możliwości samokontroli.
Lee posłała mi ciężkie spojrzenie osoby, która chciałaby wrócić do jedzenia.
- Błagam cię, chociaż ty to zrób.
Amanda przewróciła oczami. 
- Błagam cię, chociaż ty nie każ jej robić czegoś, czego najwyraźniej nie chce. - W sumie czemu nie? - Amanda prychnęła. - Obiecaj mi tylko, że nie będzie tam Malfoya. 
I właśnie w tym momencie usłyszałam głos wyżej wymienionego osobnika, który doprowadził mnie do szewskiej pasji
- Gdzie mnie nie będzie? 
Miałam ochotę zapoznać go z krzesłem.  
- W dupie u... A nie, tam też już byłeś - warknęła Amanda. Ślizgonki za dużo warczą. 
- To nie moja wina, że mój urok osobisty działa również na tą samą płeć. 
- Ja tego nie chcę słuchać - oznajmiłam, po czym gwałtownie wstałam. Mniejsza z tym, że zostawiłam pełny talerz (Puchoni by mnie zabili). Amanda poszła za mną jak posłuszny piesek. Oby Tarra nie potraktowała jej jako jedzenia. 
Po drodze zgarnęłyśmy zdechłe fretki od pani Skype. Fajna kobieta, nie powiem. Opiekuje się moją hipogryficą przez wakacje. Ameba ją wręcz ubóstwia.  
Tarra nas nie zabiła, a to już wielki sukces. Myślę, że fretki trochę pomogły. 
- Wiesz, co jest genialne? Mamy w chuj dużo wolnego czasu - powiedziała Amanda rozmarzonym głosem. 
- Na razie - mruknęłam. - Potem będziesz musiała się uczyć. 
Zamilkła na chwilę. 
- Jakieś wieści z Los Angeles? - Pokręciłam głową, odwiązując Tarrę. Cmoknęłam na nią (trochę dziwnie tak cmokać na hipogryfa, NOALE) i ruszyła lekkim kłusem. Musiała się jakoś wybiegać, pani Skype nie spuszczała jej z łańcuchów, a przecież nie puszczę jej, bo jeszcze mi ucieknie. 
Hogwart to chyba jedyna szkoła na świecie, w której uczniowie mogą mieć hipogryfy. 
- Też masz tak, że jak pomyślisz o tym, co się tam działo, to chcesz się zaszyć w jakimś cichym kącie? - wymamrotałam. 
- Ja ogólnie mam wrażenie, że to wszystko nasza wina. 
Zmierzyła wzrokiem Tarrę.
- Nie rozumiem, jak możesz lubić to coś.
- Ty nic nie rozumiesz. Nawet transmutacji. - Przystanęłam na chwilę i zmierzyłam ją wzrokiem. 
- Tak zupełnie przy okazji - zaczęła, spoglądając na zegarek - eliksiry trwają już od dziesięciu minut. 
- Kurwa - szepnęłam. - Bahni mnie zabije.

W ten sposób na starcie straciliśmy dwadzieścia punktów. Mało brakowało, a Gryfoni, którzy siedzieli w tym bagnie (czytaj: sali od eliksirów) razem z nami, nie zaczęli przez to świętować. 
- Mogę ich zamordować? - spytałam półgłosem Amandę, gdy siadałyśmy na krzesłach, udając skruszone.
***
- KURWA NO, JAK TE BACHORY ŁAŻĄ?! - wydarłam się na cały korytarz, kiedy po raz któryś wlazł na mnie jakiś kot. Ten, na którego wrzasnęłam, spojrzał na mnie przerażony i uciekł, po drodze taranując kolejnych niewinnych ludzi.  
- Hej, spokojnie, to tylko dzieciaki. - Amanda próbowała mnie jakoś ogarnąć. 
- JA PIERDOLĘ, KTO UCZYŁ TYCH GÓWNIARZY CHODZIĆ?! - odezwał się słodki głosik Ameby, która przedzierała się ku nam przez morze tych potworów.
 - Lata toto w kółka, kwadraty i trójkąty, ogarnąć się nie umie, no co to kurna ma być? - wydyszała. Razem zaczęłyśmy się przepychać w tłumie tych krasnali na zajęcia z transmutacji. Kiedy wyszłyśmy z tego zatłoczonego korytarza, Ameba westchnęła.
 - Pomyśleć, że kiedyś my też tak zapierdalaliśmy po Hogwarcie. 
- Wolę nie myśleć o tym, że też wpadałam ludziom pod nogi, serio - burknęłam.
 - A ty jeszcze jesteś obrażona? - zapytała zdziwiona. Amanda zupełnie niepotrzebnie wyjęła różdżkę. Przecież ja się potrafiłam kontrolować. 
- Co ty, nie widać mojego świetnego humoru? Skaczę z radości kurwa pod sufit - wysyczałam.
 - Przestań już, no. Puchoni też mają złe dni. 
Przewróciłam oczami, szybko się odwróciłam i przywaliłam głową w coś twardego. Coś, co potem okazało się panem Collinsem. 
Ups. 
- Młoda damo, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że agresja wobec nauczycieli jest surowo zabroniona w tej szkole? - Ton jego głosu był tak przepełniony patosem, że zdziwiłam się, jak ten człowiek może mówić.  
- O ile dobrze kojarzę, to jestem w tej szkole o wiele dłużej niż pan i doskonale zdaję sobie sprawę z regulaminu, który tu obowiązuje. - Zadarłam głowę do góry, żeby móc spojrzeć w jego oczy. Były prawie białe, jaśniejsze od Malfoya. Dziwne. 
Spojrzał na mnie z wyższością. 
- O ile dobrze kojarzę, to mam w tej szkole o wiele większe prawa, panno Finkle. Więc proszę traktować mnie z szacunkiem, rozumiemy się? Innym razem mogę nie być taki miły.   
Po tych słowach zniknął w klasie.  
- Czy tylko ja umiem podpaść dwóm najgorszym nauczycielom w pierwszy dzień szkoły? 
Ameba poważnie pokiwała głową, po czym stwierdziła, że Ślizgon potrafi wszystko. 
Kiedy Collins ponownie wychynął z tej swojej dziupli, wszyscy już na niego czekali. Posłał mi bardzo, ale to bardzo nieprzyjemne spojrzenie, którym powiadomił mnie, że prawdopodobnie będę miała z nim na pieńku przez cały rok. Genialnie. 
Collins pokazał nam ręką, że możemy wchodzić, po czym cała puchońsko-ślizgońska masa wlała się do klasy i zaczęła napierdalać się wszystkim, czym tylko mogła. Oczywiście przez chęć zajęcia najlepszego miejsca, czyli tego z tyłu. W końcu paru Puchonów oberwało jakimiś żądlącymi, a Ślizgoni jak zwykle dumnie uratowali swoje tyłki przed pączkami latającymi po całej klasie. Collins po prostu przeszedł między nami, poinformował nas o tym, że nie będzie tolerował takiego zachowania i oznajmił, że nikt nie każe nam siedzieć tutaj i w każdej chwili możemy wyjść.W każdym razie patrzył na mnie jakby chciał mnie pokroić na kawałki. Nie wiem, skąd u niego tyle złości. Przecież to naturalne, że uczniowie kłócą się z nauczycielami. 
Razem z Amandą wywalczyłyśmy ławkę względnie na środku. Z tyłu usadziła się Ameba i Blair, a obok nich Malfoy z Weasley. 
- Widzę romans kwitnie - szepnęła Amanda, zerkając na nich. 
- Nie wiem, nie wnikam. - Położyłam książkę na ławce i podparłam głowę ręką. 
Collins naprawdę nie potrafi prowadzić lekcji. 
*** 
Wyjmowałam książki z torby, kiedy Ameba wbiła do naszego dormitorium. Nie wiem jak, może przekupiła jakiegoś Ślizgona kawałkiem czekolady albo coś. Położyła się na moim łóżku, co sama chciałam przed chwilą zrobić, ale nie wytrzymała tak długo. Usiadła i omiotła wzrokiem pomieszczenie. 
- Widzę, że Rózia ma otwarty kufer - zauważyła. - Szkoda by było, gdyby ktoś - jej oczy zwęziły się tak, że pewnie trudno było jej cokolwiek zobaczyć - nagle, zupełnie przez przypadek włożył jej tam jakieś magiczne zwierzątko, które zrobiłby rozpierduchę.
 - Dlatego nikt tego nie zrobi, prawda? - zapytałam przerażona. W sumie niepotrzebnie protestowałam. - Wiesz, że ona zrobi większy rozpiździaj niż to zwierzątko. Jest dopiero pierwszy dzień szkoły. 
- Drugi - uściśliła. Spojrzałam na nią wzrokiem pełnym dezaprobaty, a przynajmniej taki by był, gdyby nie to, że moja wyobraźnia powoli dopuszczała do siebie widok wkurwionej Weasley z podartymi rzeczami. 
Chwilę później biegłyśmy do pani Skype po któregoś z jej pupilków.
____________________

Mózg mi się przegrzał, pewnie dlatego takie krótkie >.< Ale w sumie potem bym męczyła i byłoby jeszcze gorzej.
Jestem nawet zbyt zmęczona na to, żeby zrobić chamską reklamę .____.
ÓMIERAM. 

piątek, 25 października 2013

Rozdział 60


 Po pierwsze: przepraszam za zaniedbanie szczątkowych ilości czytelników.
 Po drugie: przepraszam za zaniedbanie mojej klawiaturki.
 Po trzecie: przepraszam za zaniedbanie współwłaścicielki bloga.
 Po czwarte: Puchonkom się wybacza!



No to, hej

WIELKA REAKTYWACJA HOGWARTOWSKICH!

Najpierw coś do starych fanów, których nie ma, witamy
a teraz do fanów, którzy nimi nie są, zostańcie tu chwilkę i doczytajcie chociaż kawałek, bo mimo że to druga część bloga, tak jakby, to naprawdę nie musicie do niczego wracać, żeby wiedzieć o co chodzi, a więc proszę ładnie zostawić komentarz :D



_____________________________




W moim życiu działo się dużo dziwnych rzeczy.
W ogóle sama jestem dziwna.
No bo, pokażcie mi normalnego Puchona! Taki gatunek zapewne dawno wymarł o ile w ogóle istniał.
Ale zobaczyć swoją przyjaciółkę o godzinie 5 na nogach, to było już po prostu przekroczenie wszelkich granic. A ona Puchonką nie była, więc z nieuzasadnione zachowania można uznać u niej za DZIWNE.
-Gdzie jedzenie... - wymruczałam wygrzebując się spod kołdry, kiedy ktoś coś krzyczał - CO SIĘ DZIEJE? - dodałam po chwili, ale ktoś już zdążył wywlec mnie brutalnie z ciepłego łóżka.
- AMEBA DO CHOLERY!!! COŚ SIĘ DZIEJE!!! - trudno żeby się nie działo skoro miotacie się po całej chacie o świcie, bystrzaku. Spiorunowałam Pottera wzrokiem, ale posłusznie wstałam. - ŚLEPA?!
 James wziął mnie jak pijanego kumpla za ramiona i postawił tuż przed oknem.
 Śliczne to okno, taka śliczna posrebrzana rama, szkło czyste jak cholera, pewno jakieś zamagicznione bo kto w LA ma czas na mycie okien?
 A widoki z tego okna też zazwyczaj są piękne.
 Ale coś im dzisiaj nie wyszło.
 Zatkałam sobie usta dłońmi żeby nie krzyknąć, serce podeszło mi do gardła, i jakby mi to pokazano od razu to uwierzcie mi. Lepszego budzika nie ma. Otóż wszystkie budynki w zasięgu wzroku dymiły. I nie był to ten mugolski dym, który zazwyczaj wydobywa się z kominów w każdym mieście i stwarza niesamowity miejski klimat, o nie. To był normalny dym, taki który powstaje z normalnego ognia.
 Spojrzałam w okna domów.
 Ogień.
I znowu, nie ten zwykły ogień, który ogrzewa mugolskie domy i właściwie tylko w skrajnych przypadkach jest niebezpieczny. Mignęły mi przed oczami zajęcia z OPCMu i mimo tego, że większość przegadałam z innymi puchonami, to rozpoznać szatańską pożogę potrafiłam, czerwone płomienie liżące wszystko co stanie im na drodze, zajmują stopniowo coraz większy obszar i zanim ktokolwiek zorientuje się przez co jest atakowany po prostu się spala.
- Ameba, spierdalamy. - do mojego pokoju weszła Amanda z Dianą, miały poważne miny, starały się opanować całą sytuację. Reszta pewnie już jest na dole. Zrzuciłam z siebie szlafrok, który tylko krępował ruchy i w samej koszuli nocnej zbiegłam na dół.
Jakbym miała określić to co się tam działo, to była to zdecydowanie cisza przed burzą. A może inaczej, burza już trwała ale czekaliśmy aż ktoś się do tego oficjalnie przyzna.
- Dobra, macie - powiedział Billy rzucając każdemu po kolei różdżkę, które schował ponoć w bezpiecznym miejscu podczas naszego pobytu. Na początku nie zatrybiłam po co nam one, skoro jest końcówka wakacji... - Doskonale wiemy, że mugole sami nie miotają od tak po całej Kalifornii pożogą. - no właśnie, to samo chciałam powiedzieć. - Plan jest taki, musimy dobiec na wzgórze, stamtąd wszystko zobaczymy. - zakończył drżącym wzrokiem i wskazał swoją różdżką na okno, z którego było widać przez dym napis 'HOLLYWOOD'. Wszyscy zamilkli na chwilę.
- To drugi koniec miasta! - jęknął Longbottom.
- Jak się nie ruszymy teraz, to... KURWA MAĆ! - krzyknął Potter, bo jasny ogień zaczął właśnie trawić pokój obok. Nie trzeba było nas dłużej poganiać.
 Wybiegliśmy przez drzwi frontowe.
 No dobra, przeciskaliśmy się bez ładu i składu przez te ciasne wyjście i wywracaliśmy się jak jakieś domino.
 Ale się wydostaliśmy.
 Miasto, zazwyczaj dość bezpieczne i piękne zamieniło się teraz w kadr z filmu grozy, nie było widać dalej niż na paręnaście metrów, bo duszący dym osiadał na domach i rozpraszał się wzdłuż uliczek. Złapałam za dłoń Blair i Lee, bo pewnie bym się za chwilę wyjebała gdyby nie to w miarę stabilne oparcie. Grupką, w grobowej ciszy szliśmy przez betonowe miasto, od czasu do czasu dało się słyszeć jakiś krzyk, nie wiadomo czyj, ale wszystko to było bardzo niepodobne do tętniącego życiem miasta które znaliśmy przez całe wakacje.
 Najbardziej wstrząśnięty całą sytuacją wydawał się Billy, Diana musiała go podtrzymywać z jednej, Amanda z drugiej strony i i tak co jakiś czas robiliśmy postoje, żebyśmy mogli rozeznać się z tego, gdzie jesteśmy.
- Jesteśmy w czarnej dupie! - warknął Longbottom i rozłożył ręce w geście bezradności.
- No to wymyśl coś, żeby z niej się wydostać, bystrzaku! - odszczeknął się Billy, którego irytowała już ciągła kłótnia i brak organizacji.
- Tylko spokojnie, nie mamy jedzenia, ale... - kiedy samą siebie usłyszałam po prostu spanikowałam i stwierdziłam, że skoro nie mamy jedzenia to chociaż zaoszczędzę energię z mówienia na jakieś polowanie czy inne survivale, bo naprawdę nie mam pojęcia do czego będziemy zmuszeni.
- Ludzie, w tą czy w tą gdzieś dojdziemy. - powiedziała Diana.
- Dojść to ty se możesz...
- Na Merlina, Potter!
- Gorzej niż Amanda.
- Nie można gorzej.
- A jednak.
- Dobra, idziemy. - Billy przetarł czoło, wstał z murka, na którym siedział no i poszliśmy dalej.
Kiedy przechodziliśmy przez krzaki odgradzające wzgórze od terenów miejskich widziałam jak wszyscy uruchamiają mózgi. Potter i Longbottom zaczęli konkretnie marudzić, Amanda i Diana żywo dyskutowały na temat tego, jak mamy się stąd wydostać. Reszta siedziała cicho, ale wiadomo, że jak jest cicho, to nie jest dobrze.
 Kiedy wspięliśmy się już na wzgórze i odwróciliśmy się żeby zobaczyć ile stąd widać zaniemówiliśmy.
-Miasto-widmo...- ktoś szepnął. Usiadłam po turecku przy literce O i rozpoczęłam puchońską panikę.
- I co teraz? Nic nie widać, bo tam nic nie ma! - powiedziałam żywo gestykulując.


 Kings Cross, peron 9 i 3/4, 11:30

-Hej! - krzyknęła Diana widząc całą Ślizgońską elitę przechadzającą się w zadumie po dworcu. Za każdym razem powrót do Hogwartu był tak samo emocjonujący, jakbyśmy byli pierwszakami. Jakby to wcale nie polegało na nieprzespanych nocach, wiecznych esejach i wkuwaniu na pamięć definicji zaklęć. No ale to był Hogwart!
- AMEBA! BLAIR!!! - oho, no tak, poznajcie naród puchoński. Przez całą stację przetaczał się tłum opatulonych w szaliki, czapki i pączki w łapach Borsuków. O tak, właśnie. Puchonki, Puchoni, Puchony i inne Puchonopodobne rzuciły się na nas w radosnym śmiechu i zaczęły z ekscytacją planować ustawienie stolików w kuchni, czy coś... Nie wiem, przestałam słuchać.
 Obok mnie właśnie przeszedł James i nie zwracając na nic uwagi.
 Ostatnio często mu się to zdarzało.
 Mówiąc 'ostatnio' mam na myśli 'po ataku na Los Angeles', Gryfon po prostu nie doszedł do siebie, a dym spowodował zakadzenie płuc, tym samym niedotlenienie. Czyli, po puchońsku mówiąc, kotek nie trybił najlepiej i czasem trzeba było mu coś naprawdę łopatologicznie wytłumaczyć żeby cokolwiek załapał. Mniejsza o to.
- James?
- Ameba! Co tak wcześnie? - rozejrzałam się po peronie. Większość uczniów już tu była, wcześnie wcale nie było, ale nauczyłam się nie zwracać uwagi na niedociągnięcia w wypowiedziach Gryfonach. Nigdy chyba nie myślał, więc jakieś ubytki na mózgu czy w tym jakimś jego narządzie myślopodobnym wiele nie pogorszyły jego stanu.
 Czasami zastanawiam się, czemu ludziom dzieją się rzeczy, których nie chcemy, a te o których marzymy żeby im się stały po prostu nie mają prawa się wydarzyć.
 Chętnie wymazałabym mu pamięć. Sprawiła, żeby wierzył w każde moje słowo.
 Ale niee, na Merlina! On ma teraz tylko problemy w kontaktach międzyludzkich!
 Dobrze, że nie międzypuchońskich, bo porozumiewanie się z nami, Puchonami, jest naprawdę łatwe.
- Nie jest wcześnie- zerknęłam na mugolski zegarek, było później niż myślałam - chodź, zaraz podjedzie i nigdzie nie siądziemy. - po czym pociągnęłam go w stronę Ślizgonów.

 pociąg

- A pamiętacie jak Longbottom chciał zamordować mysz, bo zjadła mu wypracowanie dla Zielonki?
 Wybuch niekontrolowanego śmiechu, no bo, proszę was, jaki człowiek biega z tasakiem po pokoju wspólnym, szepta groźby do podłogi i rzuca na oślep zaklęcia niewybaczalne do gryzonia?
 Ja wam powiem, jaki.
- Gryfon! - zerknęłam w stronę Jamesa, śmiał się klepiąc dłońmi po udach, zdecydowanie wyglądał coraz lepiej, w miarę czasu przebywania z przyjaciółmi. Oczy odzyskiwały blask, a cera zdrowy kolor.
- Hej, zaraz wysiadamy... - do przedziału wpadła Krukonka wyraźnie czerwieniąc się czując na sobie wzrok Pottera - Co to za syf? - dodała z roztargnieniem wskazując na... artystyczny nieład w naszym wagonie.
 Machnęłam na nią tylko ręką, zebrałam najpotrzebniejsze rzeczy (czytaj: połapałam czekoladowe żaby i wrzuciłam do plecaka) i wyjrzałam za okno.
- Pierwszaki znowu będą się jarać widoczkami. - mruknęła pesymistycznie Amanda
- A ty się nie jarasz? - spojrzałam z politowaniem na przyklejoną do szyby Ślizgonkę
- Ona? Nigdy - zaprzeczyła stanowczo Diana pakując do torby jakieś książki, które podczas hamowania pociągu rozrzuciły się po całym przedziale i prawie zginęliśmy, mniejsza.
 Nagle Ekspres zahamował się gwałtownie, wysypał mi skurwiel moje czekoladowe żaby, wrzucił na mnie Longbottoma i bezczelnie zatrzymał się jakiś kilometr od stacji Hogwart.
- CO DO KURWY DUPY? - wrzasnęła Lee, podnosząc się z podłogi
- Wyrażaj się, młoda damo. - powiedział oschle profesor... Właśnie, nie znam gościa. Ale to raczej profesor. Takie to wysokie, mroczne i nieprzyjemne, to na pewno nauczyciel.
 Lee pozbierała się z ziemi i stanęła na równe nogi.
- Dlaczego nie dojechaliśmy do stacji, jak zwykle? - zbulwersowałam się.
- Wprowadzono pewne procedury bezpieczeństwa, uczniowie wyjdą, zostaną przeszukani, i przejdą ten kawałek pieszo, aby przetestować działanie zaklęć ochronnych. - odpowiedział lakonicznie i szybko się oddalił.
 Uniosłam jedną brew i spojrzałam na pozostałych, ale nic nie mówiłam.
 Szybko opuściliśmy pociąg rzucając tu i ówdzie podejrzliwe spojrzenia, szukając jakiegoś powodu tego zamieszania.
 Przy wyjściu faktycznie, przeszukali nas, Puchonów opierdzielili za nadmiar prowiantu wnoszony na teren szkoły, niektórym powyrzucali jakieś noże, piły mechaniczne czy inne zabójcze narzędzia. Gryfonom zabrali wódkę, ale spokojnie, Hogwardzkie zapasy ubogie nie są, a Krukonom poodbierali książki pieprząc coś o ekologii.
 W każdym bądź razie, wkurwieni, młodzi i młodsi czarodzieje zmierzali do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
- Robi wrażenie. - zatrzymałam się i obejrzałam zamek, błonia skrywały się gdzieś za sosnami, a jezioro dawało o sobie znać przez zimne podmuchy wiatru.
 Pierwszaki wydawały z siebie głośne 'Łaał!', a reszta z podziwem wbijała wzrok w gmach.

 Doszliśmy, i bez skojarzeń proszę.
Wszyscy, cali, zdrowi przynajmniej fizycznie, w grupkach, ale dotarliśmy do bram Hogwartu.
Uczta, sztywne powitalne przemowy, piosenka Tiary Przydziału, jakby sztuczna, na siłę, mówiła coś o własnym rozumie, indywidualności.
Trochę dziwne, zjednoczenie zazwyczaj było motywem przewodnim jej pieśni, nieważne.
Ale żarcie było dobre, najlepsze, jak zawsze!
- Podaj kurczaka!
- Mięso!
- ŻARCIE LUDZIE!!!
 Tak więc, witam przy stole Puchonów.
 Jako Puchonka, zjadłam swoje, pozbierałam co mogłam i ruszyłam z Blair do dormitorium.
 Znany zapach kakaa, drewna i cynamonu wypełnił nasze nozdrza, natychmiast przykleił nam uśmiech do mordek i kazał rozsiąść się wygonie w najbliższym fotelu, na schodku, czymkolwiek, o tak.
 Ktoś coś nucił, ktoś gonił skrzaty o dodatkowe porcje czekolady, inny Puchon rozkładał koce na schodach i wszystko było tak pięknie, tak po staremu, tak cudownie puchońsko.
 Przy kominku zaczęła się zażarta dyskusja na temat tych całych 'procedur bezpieczeństwa', no i, oczywiście, tajemniczego profesora Collins.
 Nie dołączyłam do niej, bo patrząc na plan lekcji na jutro:
Eliksiry
Eliksiry
Transmutacja
Transmutacja
Numerologia
Obrona przed czarną magią
Opieka nad magicznymi stworzeniami
Historia magii
koniec : 16:00
powinnam pójść spać już wczoraj.

 zajęcia z historii magii
- A więc, bunt goblinów został wywołany przez niedogodności związane z... - pierdol, pierdol, ja posłucham.
 Historia magii, jako jedna z luźniejszych lekcji w tym dniu była niepowtarzalną okazją do wymienienia się plotkami z całego dnia i datami najbliższych wix w dormitoriach. A jak już siedzisz przy Potterze, to naprawdę, wiesz wszystko o wszystkim.
W klasie panował nieprzyjemny szmer, więc pisaliśmy do siebie kartkę, zbyt zmęczeni by nawet mówić.
,,Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że to nie jest normalne?
Że coś jest nie tak?''
Podrzuciłam mu zwitek papieru, refleks szukającego uratował karteczkę od skończenia w kłakach jakiejś śpiącej Gryfonki. Może i przeżywał szok, ale niektórych cech po prostu nie da się w człowieku zabić.
,, Coś jest bardzo nie tak. ''
Otrzymałam odpowiedź.
Wzięłam głęboki oddech.
- Incendio - szepnęłam, a świstek stanął w płomieniach.
Po chwili był już tylko kupką popiołu, leżącą na blacie obok zużytego pióra.

_____
może znajdzie się tu jakiś zagubiony w internetach gnom i ładnie nam skomentuje?


~AMEBA




sobota, 29 czerwca 2013

Witajcie! ;)

Oficjalnie witam się z Wami tu, na blogspocie. Kolejne nasze rozdziały będą się pojawiać tutaj, ale nie będziemy przenosić tych starych - za dużo roboty xD
Nie wiadomo, kiedy będzie następna notka. Jeżeli już, to albo jutro, albo pojutrze. Jeżeli się nie pojawi, to spodziewajcie się jej dopiero w sierpniu. Cóż, niby mamy wolne, ale Ameba wyjeżdża coś koło pierwszego lipca, potem przyjeżdża do mnie, ja jadę do niej, a potem mnie prawie przez cały sierpień nie będzie w domu. Mam wrażenie, że w te wakacje więcej się narobię niż w ciągu roku ._.
No, to do napisania ;>

Obserwatorzy